Alicja Bachleda-Curuś
Alicja Bachleda-Curuś
|
fragmenty wywiadów z filmu Grzegorza Sadurskiego "Pan Tadeusz - impresja z planu filmowego"
|
||
|
|
Alicja o atmosferze na planie: | |
|
- Według mnie jest bardzo, bardzo sympatycznie. Jest bardzo przyjazna atmosfera, bardzo sympatyczna ekipa. Jedyną trudnością jest trema - moja - przed zdjęciami. Ale próbuję sobie jakoś z nią radzić i myślę, że tego nie widać podczas gry. Cały czas jest ze mną mama, więc wspiera mnie na duchu, a tak, to można powiedzieć, że pomagają mi wszyscy.
|
||
|
|
Reżyser Andrzej Wajda o Alicji: | |
|
- Nie ma i nie było takiej dziewczynki w naszym filmie - ona ma 15 lat (wywiad z 1998 roku - przyp. autora), więc mogę powiedzieć, że to jest dziewczynka - ale równocześnie ona ma ogromną dojrzałość - taką wewnętrzną, osobistą. To jest bardzo świadomy człowiek. I to nie było bez znaczenia. Chodziło o to, że to będzie widać na ekranie. Bo ona tutaj z jednej strony jest pokazana jako dziecko - tam biega po ogródku, bawi się z jakimiś dzieciakami, jakieś ptactwo tam karmi - a trzy sceny później mówi tak poważne i takie serio słowa, że się wydaje, że to jedno z drugim nie może się zgodzić - to albo jedno, albo drugie. Nie, właśnie i jedno i drugie.
|
|
wywiad udzielony dla Universal Music Polska
|
||
|
- O ile wiem, udzieliłaś już ok. setki wywiadów. Powiedz, proszę, jakie pytania powtarzają się najczęściej, co najbardziej interesowało dziennikarzy? - Pytania obracały się oczywiście wokół postaci Zosi. Interesowało dziennikarzy moje wyobrażenie Zosi, to po pierwsze. Potem były pytania odnośnie jakiegoś śmiesznego wydarzenia na planie, czegoś związanego z kręceniem filmu, no i oczywiście jak pracowało mi się z tak wielkimi aktorami i reżyserem tej miary jak pan Andrzej Wajda. - Myślę, że odpowiedzi na te pytania znajdziemy w licznych wywiadach, publikowanych na łamach polskiej prasy. A powiedz mi, proszę, coś odwrotnego: czy jest takie pytanie, którego Ci nie zadano, a na które chciałabyś odpowiedzieć? - Ja nie przepadam za mówieniem o sobie, nie lubię się za bardzo odkrywać. Staram się na każde pytanie odpowiadać jak najmniej, może nie wymijająco, ale bez odsłaniania się. Po prostu nie lubię mówić o sobie. - W Twojej krótkiej, ale bogatej biografii artystycznej figuruje wiele konkursów, przeglądów, festiwali, w których brałaś udział i zazwyczaj zwyciężałaś. Powiedz, z którym z nich wiążą Ci się najmilsze wspomnienia i dlaczego? - Myślę, że najmilej wspominam festiwal w Częstochowie w roku '94. To był mój pierwszy festiwal ogólnopolski, pierwszy kontakt z tak dużą publicznością i pierwsze tak duże zwycięstwo - zdobyłam tam Grand Prix i pierwsze miejsce w swojej kategorii. Wszystko spadło na mnie tak nagle - to był szok, ale bardzo przyjemny. - A największa wpadka? - Zdarza mi się zapomnieć tekstu. Zdarzało... - W wyniku tremy? - Myślę, że tak. Zdarza mi się to, kiedy za bardzo ponosi mnie emocja. Np. moim dziecięcym dużym hitem była piosenka "Nie załamuj się". Śpiewałam ją wiele razy, przez długi czas, na prawie każdej imprezie muzycznej. Byłam do niej tak przyzwyczajona, że pewnego razu, na jakimś festiwalu, zapomniałam nagle tekstu! Całego! Nic nie pamiętałam. Wyszłam na scenę i nic, pustka! I na poczekaniu zaśpiewałam trzy zwrotki - nic zbieżnego z oryginałem. Nikt się nie zorientował, oprócz oczywiście mojej Mamy. Ale to był ogromny stres! - Masz w tej chwili za sobą doświadczenia z pracy na planie filmowym i w studiu nagraniowym. Który rodzaj pracy bardziej Ci odpowiada? Inaczej mówiąc - czy czujesz się bardziej aktorką czy piosenkarką? - Powiem tak: nie czuję się ani aktorką, ani piosenkarką. Robię to, co jest moim hobby i staram się to jakoś łączyć. A jeśli padło pytanie, gdzie mi się lepiej pracuje, to myślę, że są to dwa różne światy - plan filmowy i studio. Mają one ze sobą bardzo mało wspólnego, ale i tu i tu czuję się bardzo dobrze. - Przechodząc do płyty, którą wkrótce będziesz nagrywać - czy masz jakieś wyobrażenie, jak ona będzie wyglądać? Jakiej muzyki słuchasz, kogo podziwiasz? - Byłam ostatnio w okresie poszukiwań. Odeszłam od mojej długotrwałej idolki - Celine Dion. W tej chwili mam dość mało czasu. Słucham głównie muzyki soul, jazzu, muzyki kołyszącej się. Myślę, że to mnie bardzo uspokaja i wycisza. Muzyka dla ucha - uważam, że jeśli czegoś słuchać, to właśnie czegoś takiego. Nie twierdzę, że do końca wyobrażam sobie siebie w tym klimacie, ale jeśli chodzi o słuchanie, to właśnie soul, jazz, funky. - I w tym kierunku chciałabyś dążyć nagrywając - jeśli nie tę, to kolejną płytę? - Tak, mam nadzieję, że kiedyś pójdzie to w tym kierunku. Na razie nagram to, z czym też będę się mogła utożsamić; myślę, że muzyka, która powstanie, będzie też "moją", mam taką nadzieję. A w przyszłości chciałabym trochę poszukać, poeksperymentować. - Wspomniałaś, że jesteś osobą dość zamkniętą, że nie lubisz mówić o sobie. Ale może jednak dla nas opowiedziałabyś coś o domu, rodzinie, rodzeństwie, zwierzętach...? - Jeśli chodzi o rodzeństwo, mam brata, który ma 22 lata, studiuje zarządzanie kulturą... - Śpiewa? - Nie, na szczęście nie. Ma wprawdzie świetny słuch, prawie absolutny, gra też wspaniale na gitarze i fortepianie, jest samoukiem, bardzo uzdolnionym muzycznie, ale śpiewa tylko przy goleniu. W ogóle żyje trochę z głową w chmurach, ponieważ od dziecka pasjonował się samolotami, robi kurs pilotażu i instruktora paralotniowego. - Kibicuje Ci w karierze? - On zawsze starał się mnie tak trochę "ocucać" i ściągać na ziemię. Zdarzają mu się słowa krytyki, ale wiem, że cieszy się z tego, że coś już osiągnęłam. - Przyjaźnicie się? - Teraz już tak. Był czas, kiedy oboje byliśmy w trudnych okresach naszego życia i nie do końca rozumieliśmy się. Brat jest starszy ode mnie o 6 lat. Ale teraz jest już O.K., mieszkamy nawet we wspólnym pokoju. Wielu to dziwi - mamy dość duży dom, a my właśnie mieszkamy razem i na razie chyba tak to zostanie. Bo bardzo lubimy wieczorami długo rozmawiać o życiu. - I tam przeprowadzasz próby? - Próby wokalne przeprowadzam na całej szerokości i długości domu. Śpiewam, gdzie tylko mogę i gdzie tylko się pojawię. Nawet mimo woli - śpiewam, śpiewam, śpiewam... - Pochodzisz z rodziny o silnych tradycjach muzycznych? - Tak. Tatuś był solistą w chórze studenckiego zespołu pieśni i tańca "KRAKUS". Mama tańczyła - była solistką w "SŁOWIANKACH". Jest to, więc rozśpiewana i roztańczona rodzina. A kuzyn mojego dziadka był słynnym śpiewakiem operowym, sławą na Podhalu, w Polsce i zagranicą. - W tej chwili mieszkacie w Krakowie, ale rodzina pochodzi z Podhala? - Tata pochodzi z Podhala, z Zakopanego, natomiast Mama jest rodowitą krakowianką, z dziada pradziada. - Mama jest Twoim managerem? - Tak, w tej chwili tak. Mama siłą rzeczy pełni tę rolę. Jest wspaniałym organizatorem, potrafi opanować i ogarnąć wszystko to, co się dzieje. Chociaż jest już trochę zmęczona tą rolą. - Jaki jest Twój znak Zodiaku? - Byk. - Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będziemy miały okazję rozmawiać, a na razie dziękuję Ci za spotkanie i życzę sukcesów. Rozmawiała: Iwona Thierry Dziękuję panu Cezaremu Romanowi za udostępnienie powyższego wywiadu.
|
|
wywiad udzielony dla VIVY
|
|||
|
Pokonała setki
rywalek, by zostać mickiewiczowska Zosią u samego Wajdy. Niebawem
zobaczymy ją w kolejnym filmie i usłyszymy na płycie,
jak śpiewa. I to wszystko osiągnęła nieśmiała nastolatka, prawie
dziecko. Delikatna i wrażliwa, ale wie, czego chce.
- Czy zdarzyło Ci się, Alicjo, bywać w krainie czarów? - Tak, ale o tej najbardziej baśniowej krainie nie chcę mówić. To jest moja prywatność związana z osobistymi uczuciami. One są tylko moje... Baśniowymi momentami w moim życiu były niektóre sceny z filmów, w których grałam. Do końca życia będę pamiętała jedną scenę z filmu pana Andrzeja Wajdy. To był polonez. Tańczyłam w drugiej parze. Świeciło słońce, było ciepło, wszyscy poruszali się w zwolnionym tempie. Kształty były trochę nieostre, słychać było wspaniałą muzykę pana Wojciecha Kilara. Wtedy na moment poczułam, jakbym była w innym świecie. To było coś niesamowitego. - Pociąga Cię niesamowitość? - Przede wszystkim dziwne zjawiska natury. Bardzo interesuję się tweesterami, czyli trąbami powietrznymi, huraganami. W obliczu tak wielkiej siły czuję się jak w innym świecie. Żeby zobaczyć zaćmienie Słońca, specjalnie na jeden dzień przerwałam swoje zajęcia w Warszawie i wróciłam do Krakowa. Bardzo żałowałam, że nie mogłam pojechać z bratem na Węgry, bo tam było stuprocentowe zaćmienie. - Byłaś już świadkiem trąby powietrznej? - Niestety, nie, ale śniły mi się takie trąby. Każda miała inną twarz: Coś do mnie dmuchały, coś mówiły. A ja stałam przy oknie i nie za bardzo wiedziałam, co to miało oznaczać. - Czyje twarze miały te trąby? - Nie umiałam ich rozpoznać. Ale miały usta i oczy. Żeby obserwować prawdziwą trąbę, musiałabym pojechać do Oklahomy. - W górach masz za to halny. - To mnie mniej interesuje. Ale za to zaczęłam uważniej przyglądać się chmurom. Przeczytałam parę książek na ten temat. Pewnie zawdzięczam to zainteresowanie bratu, który od lat profesjonalnie zajmuje się paralotniarstwem w aeroklubie krakowskim, pracował na wieży lotów na lotnisku i niedługo będzie pilotem. Interesuje mnie to, co mnie przeraża. Przerażają mnie chmury. Na przykład takie cumulonimbusy, które są chmurami burzowymi. One potrafią wciągnąć i zgnieść. Każda chmura ma swój komin. Szybując wykorzystuje się istnienie prądów powietrznych w kominie. Mój brat Tadeusz opowiadał mi, że jego koleżanka, lecąc na paralotni, znalazła się w takiej chmurze. Nagle wytworzył się komin powietrzny o długości paru kilometrów, który wessał ją do środka. Tam są pioruny, grad, zamarzający deszcz i takie ciśnienia, jakich żaden człowiek nie przeżyje. - I po takich opowieściach nadal jesteś taka pewna, że właśnie to Cię interesuje? - Tak, to mnie fascynuje, ponieważ jest niezwykłe. Chciałabym móc analizować i obserwować takie siły. - Masz wrażenie, że tak wielkie siły przepływają także pomiędzy ludźmi? - Myślę, że tak. Na zajęciach wokalnych u pani profesor Olgi Szwajgier zetknęłam się z dziwnym zjawiskiem. Pani Olga ma niespotykaną skalę głosu, niesłyszalną dla ucha ludzkiego, a także niezwykłe zdolności wyzwalania z ludzi energii w nich drzemiących. - Twoją drugą pasją jest muzyka. - Jako siedmiolatka byłam fanką Magdy Frączewskiej, która wydała kasetę dla dzieci. Potem sama zaczęłam śpiewać przy każdej okazji. Mama zauważyła, że się tym interesuję, więc zapisała mnie do teatru muzycznego dla dzieci i młodzieży, potem wygrałam Festiwal Piosenki Dziecięcej w Częstochowie. - Wkroczyłaś wcześnie w życie artystyczne. W tym zawodzie często mówi się o zawiści. Czy Ty się już o to otarłaś? - Akurat chodzę do liceum, gdzie uczą się również dzieci sławnych ludzi. One także odnoszą sukcesy w różnych dziedzinach artystycznych, dlatego moje osiągnięcia nie wzbudzają w nich zawiści. Chociaż czasami, nie ukrywam, że wśród moich rówieśniczek wyczuwam lekką zazdrość. - A fajne rzeczy, jakie wynikają ze sławy? - Najmilszą rzeczą jest chyba poczucie, że robi się coś niezwykłego. Oczywiście miłe są autografy, słowa pochwały, miły jest rezultat, jaki oglądasz na ekranie.
- Nie boisz się pychy? - Nie boję się o to, bo zawsze walczyłam z kompleksami. Poza tym mam duże oparcie w domu: w tacie, mamie, bracie. Oni za każdym razem sprowadzają mnie na ziemię. - Jak? - Mój brat - sześć lat starszy robi to w dosyć dobitny sposób. Mówi: "Jesteś za mała, nie wymądrzaj się". - Masz ulubionego bohatera literackiego? Tylko nie mów, że to Zosia. - Ostatnio miałam mało czasu na czytanie książek. Wcześniej moją ukochaną książką był "Tajemniczy ogród" i poezje Zbigniewa Herberta. Teraz, w czasie bardzo krótkich wakacji nad morzem, przeczytałam "Co gryzie Gilberta Grape'a" Petera Hedgesa. Ta książka zrobiła na mnie naprawdę wielkie wrażenie. - A muzyka? - Zawsze lubiłam Celine Dion. Nie dlatego, że zaśpiewała do "Titanica". Ja dużo wcześniej zachwyciłam się jej głosem, kiedy jeszcze była mało znana. Mam jej 20 płyt. Po raz pierwszy usłyszałam ją z tatą i oboje byliśmy urzeczeni jej sposobem śpiewania. - Czy rodzice traktują Cię poważniej, odkąd zarabiasz i robisz karierę? - Zawsze byłam za poważna jak na swój wiek. Wolałam spędzać czas ze starszymi od siebie. A rodzice traktują mnie dalej jak dziecko, nic się nie zmieniło pod tym względem. - Nie dają Ci więcej luzu, nie mają większego zaufania? - To nie tak. Rodzice wiedzą, że w porównaniu z moimi znajomymi jestem trochę do tylu z tą samodzielnością. Często wracam późno wieczorem z prób, nagrań czy występów - wtedy przywozi mnie mama albo brat. To nawet nie wynika z tego, że jestem teraz bardziej znana i narażona na zaczepki. Zawsze byłam trochę pod kloszem. - Nie buntujesz się? - Sporadycznie, ale przeważnie nie myślę o buncie. W związku z tym boję się, że gdy nastąpi już ten czas prawdziwej dorosłości, nie będę umiała być samodzielna. - A jednak zauważyłam, że w momencie rozpoczęcia wywiadu Twoja mama dyskretnie zostawiła nas same. - Tak, mamy taką niepisaną umowę, że gdy jestem przed kamerą czy nagrywam w studiu muzycznym lub udzielam wywiadu, mama jest gdzieś dalej, nie krępuje mnie, ani ja jej. Tak jest lepiej. - Czego u siebie nie lubisz? - Jestem podejrzliwa, przesądna. Chciałabym być bardziej kontaktowa, śmiała. Mam naturę samotnika. Niestety. - Jaki masz stosunek do pieniędzy? Jesteś niezależna finansowo? - Odkąd pamiętam, to zbierałam pieniądze - takie od dziadka, babci czy rodziców, za świadectwo z czerwonym paskiem czy w związku z urodzinami. Mówiłam, że zbieram na starość, co bardzo wszystkich śmieszyło. Teraz pieniądze z filmu - nie są to jakieś zawrotne kwoty - składam w banku. Ale nie mogę za bardzo nimi szastać. Rodzice sprawują nad tym nadzór. - Masz jakieś tęsknoty? - Wiem, że mam więcej, niż w tym wieku można mieć. Nie tęsknię za trzepakami, boiskami, bo nigdy tego nie chciałam. Nie mam ochoty spędzać czasu na dyskotekach, włóczyć się po Polsce, uciekać na koncerty. Wolę chodzić na lekcje śpiewu, na próby. - Chcesz więc być aktorką czy piosenkarką? - Najbardziej chciałabym śpiewać. Niedawno podpisałam kontrakt na płytę. Ale nie chciałabym, żeby to był mój zawód, bo jak stanie się chlebem powszednim, straci swój czar. Zawodowo chciałabym być geografem, jak również skończyć anglistykę. Rozmawiała Anna Miller
|
|
fragment artykułu z "Gazety Wyborczej"
|
||
|
Szymon Hołownia: - Czy teraz myślisz sobie: czy ona jest taka jak ja? Alicja Bachleda-Curuś: - Zosia to wrażliwość, kruchość, delikatność, ale i sporo naiwności. Chyba mam sporo jej cech. - A jak zachowałabyś się w sytuacji, gdyby nieznajomy mężczyzna zaskoczył cię podczas pielęgnacji grządki z ogórkami? Zosia potraktowała Hrabiego dość radykalnie... - Bo podeptał warzywa... Ja też wskazałabym delikwentowi ścieżkę - no przecież jak kocha, to nie musi od razu niszczyć grządki. Zosia przeganiając Hrabiego zachowywała się nieco kokieteryjnie, próbowała flirtować... - O czym mogła marzyć Twoja rówieśniczka dwa wieki temu? - Marzyła o miłości, ale nie była tego w pełni świadoma. - Przyznasz jednak, że Tadeusz był postacią dość nijaką. Czy Twoim zdaniem Zosia dobrze wybrała? - Jest pewien problem: Tadeusz jest opisany jako ktoś raczej przy kości. Chociaż... może mogłabym się i w nim zakochać. Bo nad uczuciem nie da się zapanować... Podoba mi się nieprzewidywalność Zosi, to że jest taka ulotna, "nie dopowiedziana" przez Mickiewicza. Lubię "pojawiać się i znikać". - Uznano Cię za nieformalne ucieleśnienie ideału dziewczęcości. Czy ta sytuacja Cię nie przerasta? - Owszem, ale chcę stawić temu czoła. Nie chcę myśleć, że "pokonałam" inne kandydatki, że to była licytacja. Każda z nas ma w sobie coś z Zosi. Rozmawiał Szymon Hołownia
|
|
fragment artykułu z "Gazety Wyborczej"
|
||
|
|
W końcu - stało się. Wieczorny telefon od przygotowującego casting Michała Kwiecińskiego: Zosia pochodzi z pospolitego ruszenia. Wybrano ją w poniedziałek. Konferencję prasową połączoną z uroczystą prezentacją wybranki wyznaczono na piątek. Sezon ogórkowy był w rozkwicie,więc stało się jasne, że nie da się tej elektryzującej społeczeństwo informacji zachować przez pięć dni w tajemnicy. Prosząc, grożąc i urządzając sceny rozpaczy, wymusiłem wreszcie na komisji, żeby jako incjatorowi poszukiwań Zosi zdradzono mi w środę rano nazwisko tej jednej. Pierwszym pociągiem pognałem do Krakowa. Z Zosią, którą okazała się być 15-letnia Ala Bachleda-Curuś, umówiliśmy się w kawiarni Noworolskiego w Sukiennicach. Miałem nieodparte wrażenie, że od samego dworca ciągnę za sobą jakiś ogon. Dziennikarz dziennikarza pozna zawsze, a fotoreportera w szczególności - po aparacie fotograficznym. Mama Ali, pani Lidia była przerażona, gdy zaproponowałem, żeby poszła sobie na zakupy, a ja w tym czasie porwę jej córkę. Ostatecznie, po wylegitymowaniu mnie, telefonicznym sprawdzeniu tożsamości i badawczych rzutach oka na wizytówkę, umówiła się z nami za godzinę, a my, chcąc wmieszać się w tłum, pognaliśmy na Floriańską, by zniknąć w odmętach tamtejszego McDonald'sa. Kiedy ja przy frytkach i cheesburgerach próbowałem ze świeżo upieczonej, przerażonej Zosi wydusić choć dwa słowa, po Krakowie biegali repotreży "Gazety", odwracając uwagę ode mnie i mojej rozmówczyni - tym sposobem udało nam się zgubić śledzącego nas dziennikarza. Gdy po godzinie krańcowo konspiracyjnej rozmowy wyszyliśmy rozemocjonowani na powierzchnię, nasz fotoreporter pognał z Alą pod Barbakan. Wrócili uśmiechnięci w samą porę, bo mama Ali akurat zaczęła odchodzić od zmysłów. Tekst rozmowy natychmiast przesłałem do Warszawy. Z pociągu zameldowałem o sukcesie. Świetnie - odparł szef - dajemy natychmiast na drugą stronę. Zbladłem. - Daj mi telefon do dystrybutora - rozkazał szef i po godzinie oznajmił wymęczony: - Co za kobieta! Ale dajemy natychmiast, bez nazwiska, za to z nazwą miasta. Stało się. W czwartek od rana przed domem państwa Bachledów kręcili się dziennikarze. O 11.53, pamiętam jak dziś, koledzy zawołali mnie. PAP właśnie podała w pilnej depeszy, że Zosię zagra Alicja Bachleda-Curuś z Krakowa, napisał też o tym "Super Express". Do konferencji, na której miało zostać ujawnione nazwisko przyszłej Zosi, zostały jeszcze 24 godziny. Tak znaleźliśmy Zosię. Szymon Hołownia
|
![]() |
|
![]() |